W Medycyna

Oddałaś już swoje serce?

Wiecie coś o przeszczepach? Na pewno. Czy je popieracie? Tego nie wiem. A czy widzieliście kiedyś przeszczep organu? Pewnie na filmach. Ja również nie miałam okazji oglądać operacji przeszczepiania narządów, ale jeden jedyny raz widziałam ich pobieranie od zmarłego dawcy. Wywarło to na mnie tak duże wrażenie, że mimo upływu czasu, przypominając sobie to co się wtedy działo, nadal mam ciarki na plecach.

Miałam wtedy praktyki wakacyjne. Odbywałam je w szpitalu wojewódzkim. Takim jakich wiele. Był tam nieduży blok operacyjny, zaledwie pięć sal zabiegowych i jedna sala wybudzeń. Na każdej z nich odbywały się inne zabiegi. Na jednej ginekologiczne, na innych ortopedyczne, laryngologiczne, urologiczne czy ogólnochirurgiczne, takie jak wycinanie wyrostka robaczkowego. Jednak tego dnia plan został zmieniony, wszystkie zabiegi laryngologiczne musiały zostać odwołane, sala została zajęta przez zabieg, który nie mógł zaczekać.

Tego dnia miałam obejrzeć histerektomię, czyli wycięcie macicy. Jednak przebierając się w szatni w ubrania chirurgiczne usłyszałam rozmowę pielęgniarek, które podobnie jak ja szykowały się do zabiegu. Nie były tutejsze, przyjechały z Warszawy. Mówiły podniesionymi głosami, żywo gestykulując. Widać było ich podekscytowanie. Wyglądały tak jakby pierwszy raz przygotowywały się do operacji.

– Musimy się dziś śpieszyć. Warszawa już czeka – powiedziała niższa z nich.

– Myślisz, że doktorzy dziś zdążą? – zapytała druga, szczupła i wysoka.

– Nie ma co gdybać, lepiej chodźmy na salę. Zobaczymy w jakim stanie jest pacjentka – odpowiedziała.

W głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Przeszczep organów! Tutaj? Ciekawe czy będą pobierać serce? Moje własne wtedy przyśpieszyło. Byłam świeżo po oglądaniu filmu o Relidze, który wywarł na mnie duże wrażenie.

– Przepraszam, czy będą tu dziś pobierane narządy? – nieśmiało zapytałam.

– Tak. Przyjechało kilka zespołów. My z Warszawy po serce. Widziała pani kiedyś taki zabieg? – powiedziała ta niższa i uśmiechnęła się.

– Nie, nigdy.

– Chodź z nami. Zapytam doktora – odpowiedziała, pokazując ręką bym poszła za nimi.

W biegu naciągnęłam na siebie chirurgiczna sukienkę i oszołomiona możliwością zobaczenia pobierania tego najważniejszego narządu, zamiast trzeciej w tym tygodniu histerektomii, pomaszerowałam za pielęgniarkami.

Doktor był młody, niewiele po trzydziestce. Zapytany o studentkę na sali operacyjnej tylko skinął głową. Nie odezwał się do mnie. Dokładnie umyłam ręce, nałożyłam czepek i maskę. Po czym stanęłam w kącie sali, rozglądając się.

Czy ona na pewno nie żyje? – pomyślałam zwracając uwagę na pacjentkę, o której wspomniały pielęgniarki.

Nieco otyła pani leżąca na stole operacyjnym wyglądała na 40 lat. Była zaintubowana, a na sali było słychać tylko pikanie aparatury oznaczające bicie jej serca. Parawan jak na każdej operacji osłaniał jej głowę oddzielając ją od nagiego ciała, leżącego na stole.

– Co się stało? – zapytałam anestezjologa siedzącego obok głowy pacjentki.

– Wczoraj miała masywny wylew krwi do mózgu. Już nic nie da się zrobić. Będą pobierali wszystko – powiedział podnosząc nieco głos.

– Jak to, wszystko? – odparłam.

– Najpierw zespół z Warszawy weźmie serce, potem Katowice wątrobę, Lublin obie nerki, a po wszystkim jeszcze inny szpital ze stolicy bierze część talerza biodrowego i płat skórno-mięśniowy z nogi. Podobno już tu jadą. Ach, zapomniałbym. Wieczorem jeszcze ktoś z Lublina ma przyjechać po obie rogówki. Rzadko zdarza się dawca w tak dobrym stanie ogólnym.

Szybko podliczyłam. Nawet jeśli talerz biodrowy i skóra mają być dla jednego biorcy to i tak nasz dawca obdaruje aż siedem osób.

Wtedy się zaczęło. Na salę zaczęły wchodzić kolejne osoby. Nie byłam już sama z anestezjologiem. Przyszła pomagająca mu pielęgniarka, dwie tutejsze instrumentariuszki oraz drugi anestezjolog, przywiedziony pewnie przez ciekawość tak jak i ja. Potem na salę wkroczyły dwie pielęgniarki, które poznałam w szatni oraz dwóch lekarzy z Warszawy. Za nimi kolejny czteroosobowy zespół.

To pewnie Ci z Katowic – pomyślałam.

Zaraz za nimi pojawiły się jeszcze cztery osoby. Jednego doktora już wcześniej widziałam na mojej uczelni.

– Dzień dobry, my z Lublina po nerki, a Państwo? – powiedział gromkim głosem, ten jedyny znany mi tu lekarz.

– Ale tu tłok! – dodał.

To prawda. Na sali było już wtedy 18 osób, nie licząc pacjentki. Zespół z Warszawy było gotowy, żeby zaczynać. Ubrani w sterylne fartuchy i rękawiczki przystąpili do stołu. Wciąż słychać było pikanie aparatury, a nad pacjentką stał parawan. Dwaj kardiochirurdzy najpierw dokładnie, kilkukrotnie odkazili brązowym płynem skórę na całej klatce piersiowej i brzuchu pacjentki. Potem jeden z nich chwycił za skalpel i delikatnie naciął skórę pacjentki wzdłuż linii pośrodkowej ciała od mostka, przez całą klatkę i brzuch, aż po spojenie łonowe.

– Nie będziecie musieli poszerzać cięcia, żeby wyjąć nerki – powiedział do doktora z Lublina, który zaglądał mu przez ramię.

Potem w ruch poszła piła do kości. Chirurg pewną ręką uruchomił narzędzie i bez zawahania jednym spokojnym ruchem rozdzielił mostek na pół.

Sternotomia pośrodkowa – przypomniało mi się ze studiów.

Potem rozwórkami oddzielił dwie połowy mostka od siebie uzyskując dostęp do serca. Stawałam na palcach, żeby choć na chwilę zajrzeć nad ramionami lekarzy. W takich momentach zawsze dziękuję, że mam 175 cm wzrostu i chociaż niektórych doktorów przewyższam wzrostem. Gdyby nie to, nie zobaczyłabym rytmicznie pulsującego serca pacjentki. Jednak mimo tego nie udało mi się obejrzeć wszystkiego. Wzrokiem sięgałam tylko do klatki piersiowej, nie mogąc na dłużej zajrzeć do wewnątrz.

Wtedy zadzwonił telefon. Jedna z pielęgniarek odebrała i przyłożyła go doktorowi do ucha, tak by ten nie zabrudził sobie rąk.

– Serce jest w dobrym stanie. Możemy je brać – powiedział.

– Szykujcie śmigłowiec, będziemy gotowi za jakieś pół godziny – dodał do telefonu.

– Jak to nie wylądujemy? Cholera, burza nad Warszawą! – krzyknął nagle.

– Mamy tylko 3 godziny po wycięciu, żeby je wszczepić. Przecież nie zdążymy przejechać karetką ponad 200km. Nie mówiąc jeszcze o czasie na pobranie i wszczepienie serca na miejscu. To niewykonalne.

Na sali zapadła cisza. Nikt się nie poruszał, ani nie odzywał. Jedynie aparatura sztucznie podtrzymująca oddech pacjentki wciąż szumiała. Doktor przez chwilę słuchał jeszcze tego co mówi jego rozmówca przez telefon po czym odsunął głowę od komórki i odwrócił się do swojego towarzysza, stojącego po drugiej stronie stołu, ze skalpelem w dłoni.

– Próbujemy. Biorca nie może już czekać. Naszykują go nam na miejscu. Będzie czekał na stole operacyjnym rozcięty. Zapiszcie godzinę. Zaczynamy – powiedział.

Zręcznymi ruchami ujął narzędzia i zagłębił je w ciele pacjentki. Nie zauważyłam kiedy aparatura ucichła, a parawan oddzielający głowę od reszty ciała zniknął. Wiszący na nim materiał leżał teraz na twarzy naszej dawczyni. Wycinanie serca zajęło 40 minut, ale mam wrażenie, że były to sekundy. Pamiętam jedynie urywki. Nigdy nie zapomnę jak serce wciąż delikatnie drgało na tacy zanim zanurzyli je w specjalnym płynie do transportu. Wybiegli z sercem mając 2 godziny i 20 minut. Nigdy nie dowiem się czy zdążyli dojechać na miejsce, czy operacja się powiodła ani czy narząd się przyjął. Jednak wiem, że decydując się na oddanie narządów po śmierci dajemy szansę by ktoś inny mógł żyć.

A wy co o tym myślicie? Oddalibyście komuś swoje serce?

Szczegóły związane z pacjentem zostały zmienione, a wszystkie podobieństwa są przypadkowe.

Jeśli spodobał Ci się mój wpis i chcesz dostawać powiadomienia o kolejnych, kliknij

żeby obserwować mnie na Facebooku.

Poprzedni wpisNie jestem dobrą matką
Następny wpisZa młoda na dzieci?
  • Pingback: Świąteczne porządki – Mama i stetoskop()

  • Ania Porczak

    Ja mam niecałe 160cm to pewnie nic bym nie zobaczyła 🙁 zazdroszczę okazji. Zastanawiam się właśnie nad taką decyzją. Jest ona jednorazowa? Czy można po jakimś czasie zmienić zdanie ?